środa, 24 czerwca 2015

Nocni goście zupełnie nie w porę. Historia Skipper - młodszej siostry Barbie. Część 2/Night visit completely the wrong time. Skipper History - Barbie's younger sister. Part 2


Na naszych peryferyjnych trawnikach o leśnej glebie, trwa na dobre wymiana roślinnych pokoleń środka czerwca, choć aura raczej z końca września. Tam, gdzie bezduszny człowiek nie przeleciał z kosiarką, roi się od wszystkich kolorów tęczy. Nic tylko fotografować lalki... W sobotę mieliśmy zakończenie sezonu ceramicznego i święto miasta. Jedni bawili się na koncertach, my w pracowni. Było ziołowe wino, truskawkowe ciasto i czekolady z orzechami. Jako chudzina, mogłam używać do woli - nikt nie protestował, wprost przeciwnie. Jak zwykle, każdy czuł się w obowiązku dokarmienia "niewyględnego" bliźniego ;-). Na żaden koncert nie poszliśmy. Deszcz się rozpadał, koleżanka, miała nazajutrz egzamin, ja zamierzałam od rana koczować na pchlim targu (dzień bez opłat placowych ;-)). Wróciłam do domu po 22., zasiliłam konserwą skretyniałą Hołotę i przysposobioną córkę Padlinki - Recydywkę, nakręciłam budzik na 4.30 i trzasnęłam w kimono. Śniło mi się, że ktoś dzwoni do drzwi. Bardzo natarczywie. Z tego snu... wyrwał mnie dzwonek (czytaj: przenikliwy gwizdek - bo obrzydliwy, nerwożerczy sygnał to spadek po poprzednich lokatorach). Usiadłam w totalnej ciemności, zaskoczona, że budzik nie zadźwięczał. Rolety zasunięte, komórka wyłączona, zegar utonął w czerni. Jedyne ulotne źródło światła, to migający solarny motyl na zewnątrz - najnowszy prezent urodzinowy od jednej z koleżanek. Zielony, granatowy, fioletowy, różowy, czerwony, żółty, więc robi się na moment widniej. Po dzwonku następuje łomot do drzwi. Serce zaczyna mi tłuc, miotam się w łóżku, usiłując namacać budzik, zanim motyl zmieni kolor. 1. 35. Jasna cholera, ktoś się upił i pomylił drzwi?! Cóż, po tym incydencie, sąsiedzi na pewno pokochają mnie jeszcze bardziej... Znowu przenikliwy gwizd i walenie. Boję się zapalić światło. Serce mi tłucze. Przypominam sobie relacje na podstawie których pisałam moją magisterkę. Walenie, jak gestapo. Pewne siebie, żądające wpuszczenia. Brrr! Byłam w życiu napadnięta, doświadczyłam też innej przemocy, moje drzwi raz zostały sforsowane, więc jaki anioł da gwarancję, że to się nie powtórzy, hę? Sorry: mózg mi się zwiesił. Nie myślę racjonalnie. Jestem po prostu samotną kobietą z paskudnymi wspomnieniami. Ale kogo to obchodzi? Na zewnątrz: przemiennie: gwizdanie - łomotanie. I tak przez kilka minut. Ktoś się dobrze bawi moim kosztem.  Jestem mokra. Jestem pewna, że sąsiedzi już wstali. Hołota wyje w łazience, Dywka, ociera się o mnie w ciemności. Wysyłam sms - a do przyjaciółki mojej Mamy. " Ratunku! Ktoś w amoku szturmuje moje drzwi. Czy numer na policję to 112?" Walenie i gwizdanie w końcu cichnie, choć ja mam wrażenie, że przestałam być sobą. Wyskakuję z łóżka i na palcach mknę do kuchni, by tam zapuścić żurawia przez bambusowe rolety. Po drodze, walę kantem stopy w drukarkę, której nie zdążyłam wynieść za dnia do piwnicy. Nawet zakląć nie mogę. Już jestem przy oknie. Bardzo dyskretnie, żeby nikt nie dostrzegł ruchu. W srebrnym samochodzie zapala się światło, ale nie odjeżdża. On stoi, ja stoję. W końcu daję za wygarną. Mokra, jak po kąpieli wracam do łóżka. Nadal nie zapalam światła. O śnie nie ma mowy. Czuję się jak po ciosie maczugą w łeb. Dlaczego inni mogą mieć spokojne, normalne życie, a ja bez przerwy użeram się z... No, własnie z czym tym razem? Co to było do licha ciężkiego? Ktokolwiek mi to zrobił, niech zostanie impotentem po wsze czasy! Na kołdrze świeci komórka z wyciszonym dzwonkiem. Dochodzi druga. Dzwoni Babcia. O, jak super. Idealna godzina na pogawędkę...


- Gdzie jesteś? - pada pytanie.
- A gdzie mam być o tej godzinie? - odwarkuję - We własnym łóżku.
Cóż, na dobrą sprawę w moim wieku można też bywać w innych łóżkach, albo dla przykładu, bawić się pod chmurką w związku z naszym świętem, ale nie czas teraz na edukowanie Babci.
- Może pogadamy rano, co? - sugeruję szczękając zębami, szlag wie - ze strachu, czy ze złości - Za dwie i pół godziny muszę wstać.
Od słowa do słowa, zagadka rozwiązuje się. Czuję że mam ochotę zawyć i pogryźć. Babcia zgłosiła moje zaginięcie, bo nie zadzwoniłam do niej wieczorem. Do drzwi waliła policja. Ale obudzili się tylko sąsiedzi. Funkcjonariusze odnotowali, że zaginionej nie było w mieszkaniu. Jaka szkoda, że nie zadzwoniłam pod 112. Nasłałabym policję, na policję. Też miałabym swój udział w zabawie ;-) Nie wiem, śmiać się, czy płakać? Starość ma swoje prawa, choć Babcia i za młodu słynęła z fantazji... Argumenty, że taką akcją przywołała tylko moje paskudne wspomnienia, nie wzruszyły. Zapytałam więc, czy naprawdę jako człowiek rozumny oczekiwała, że otworzę w środku nocy drzwi, nieproszonemu gościowi?
- No, nie... - odparła po chwili namysłu.
I niechaj to będzie konkluzja. Czasem trzeba zrobić takie "klik" i włączyć mózg, zanim się coś zrobi.
Oczywiście do rana nie spałam, na pchli targ nie pojechałam, na obiad do koleżanki nie poszłam. Krótko mówiąc: udana niedziela ;-)


A teraz temat właściwy, czyli kontynuacja opowieści o młodszej siostrze Barbie i jej przemianach. Ponieważ bardzo dużo syntetycznych konkretów przedstawiłam w poprzednim wpisie z 26. kwietnia br. - toteż tam zapraszam zainteresowanych.
Dziś zgodnie z obietnicą, pokazuję to, co wtedy było niedostępne, czyli moją pierwszą Skipper. Za jej posiadanie, przed laty, w czasach gdy podstawówki były jeszcze w miarę sensownymi miejscami dla młodych ludzi, wybaczam Babci nocny nalot ;-) Ten rok obfitujący w lalki, wspominam sobie z rozrzewnieniem... Skipper Pet Pals z 1991 r. miała burzę karbowanych włosów i ciekawą rzecz, rzadką u tych laleczek - jedną ugięta rączkę, przystosowaną do trzymania pieska. Jak dziś pamiętam, że lalkę nazwałam Ines, a jej pupila - Pepi.  




Gdy dwa lata po niej, pojawiła się bardzo podobna, choć bez dodatków i dużej ilości ciuszków Glitter Beach, byłam już młodziutką panienką i tylko na odległość, jako sentyment, mogłam poczuć do tej lalki "miętę przez rumianek". Trafiła mi się w zestawie innych lalek, jakieś 3 lata temu, może dawniej - potargania, przybrudzona z oryginalną opaską i kolczykami zaledwie. Ale wspomnienia, tchnęły ciepło w serce.


Jak już pisałam, ten trochę komiksowy mold, jest jednym z moich ulubionych. Występował on również jako Courtney (ciemnowłosa przyjaciółka Skipper), a także po raz pierwszy jako - Skipper ciemnoskóra.
Poniżej, jedna z bardziej niezwykłych, której nie znałam w latach dzieciństwa (i całe szczęście, bo chyba bym zwariowała): Teen Fun Skipper (1987)


Camp Skipper (która była u nas w horrendalnych cenach; zatem także musiałam odczekać 20 lat, by kupić ją za kilka złotych na Allegro ;-) - jedna z ostatnich laleczek na tym moldzie:


W 1993 r, Mattel projektuje nową, realistyczną, bardzo dziewczęcą twarz Skipper. Jestem zachwycona! Jej delikatność, w jakiś sposób, przywodzi mi na myśl pierwszy mold Skipper:


Ciałko pozostaje to samo co u wielkookich, według projektu z 1987r.:



Jako pierwsza trafia do Polski w 1995. Sparkle Beach Skipper (z prawej strony fotografii). W oryginale ma różowy, opalizujący kostium i pryzmatyczny wisiorek:



Natychmiast znika z półek, załapuje się na nią moja bogatsza koleżanka, u której mogę do woli ją podziwiać ;-) W tym samym roku, wyszła też Phone Fun Skipper. Na, którą znowu czekałam dwie dekady:


Niesamowicie delikatna i promienna. W oryginalnym stroju, urzekły mnie zwłaszcza koronkowe podkolanówki. Oczywiście dłuuuugo musiałam o niej marzyć, nim upolowałam nieco wybawiony i poluzowany w szyjce egzemplarz.


Ale już rok później los gotuje mi wspaniałą niespodziankę. Bardzo podobną do pierwszej plażowej na nowym moldzie: Skipper Splash 'n Color, u nas znaną jako Miami Skipper.
Na dobrą sprawę, różnią ją tylko kolczyki i włosy przetykane złotą nitką, na punkcie których jestem zawsze chora. Tym razem miałam pieniążki i mogłam zrealizować kolekcjonerskie marzenie! Uznałam, że jestem wygrana, gdyż moja lalka wydaje się bardziej atrakcyjna niż Skipper koleżanki ;-) Sparkle Beach znów wpada w moje ręce po latach, zesłana tchnieniem przypadku.


Z opóźnieniem dowiaduję się, że w 1994 r, wyszła jeszcze seria nastolatków ze Skipką w roli głównej: Pizza Party. W Polsce oczywiście, ani widu, ani słychu...
Opisana Skipper, była jedną z najkrócej emitowanych sióstr Barbie.
Do serii plażowych, Skipper wróciła dopiero w 1999r. (Hawaii) Ale była to już całkiem inna lalka, na znacznie wyższym, odchudzonym ciałku. O czym w następnym odcinku...


czwartek, 18 czerwca 2015

Dynamite Girls. Część 1./ Dynamite Girls. Part 1.


Nastał u mnie czas porządków, nie tylko w lalkach. Przeglądam ciuchy, szpargały, całą tę zamrożoną przeszłość... Są rzeczy z którymi naprawdę mam kłopot, więc wynoszę je małymi partiami na nasz pchli targ w dni, w które zdziercze władze nie każą płacić placowego (czyli AŻ 2 niedziele w miesiącu!!! :-)))). Cieszę się, gdy jakiś ciuszek, naszyjnik, buty za małe o pół numeru, kiczowaty słonik z gliny, etc, znajdują nowy dom. Wyrzucić żal, trzymać nie ma sensu. A nuż ktoś jeszcze skorzysta? Ostatnio w ramach udrażniania zawężonej przestrzeni pozbyłam się też lalki. Kilka dni już minęło od tego zdarzenia, a niesmak wciąż pali jak zgaga. Dwie młode babki, dobiły wreszcie ze mną targu. Lalkę wręczyłam, kasę już włożyłam do portmonetki, kiedy usłyszałam:
- Jakie ma ładne włosy...
Druga odparła:
- I tak będą zaraz obcięte.
- To było z kolekcji - zasyczałam.
- Trudno... - uśmiechnęła się właścicielka małego wandala.
Zrobiło mi się autentycznie przykro. Lalka nowa, choć na zmienionym ciałku. Włosy w super gatunku, spięte firmowo. Dodałam też sukieneczkę, żeby nie marzła u nowego właściciela ;-) I co? Miałam wyrwać zakup? Opieprzyć za brak nauki w kwestii poszanowania przedmiotów? Cóż... Z dużym prawdopodobieństwem mała siekaczka nie wyrośnie na fryzjerkę, tylko na osobę pozbawioną szacunku do rzeczy, a może też i ludzi... Wniosek jest prosty. Lalki z kolekcji sprzedaje się wyłącznie kolekcjonerom!!!    
A teraz przechodzę do właściwego wątku.


Firma Integrity Toys, to jedna z najwyższych, kolekcjonerskich półek. Nic dziwnego, że przez 10 lat, mogłam sobie tylko powzdychać i marzyć w całkowitym oderwaniu od mej ówczesnej rzeczywistości o tych niesamowitych lalkach. Aż wraz z chwilowym przypływem gotówki, żeby sobie osłodzić nagłe nieszczęścia, kupiłyśmy z Mamą pierwszą lalkę tego fantastycznego producenta. Była to Aria - przedstawicielka nowego projektu Integrity (Dynamite Girls), słynącego aż do 2007r. z realistycznych, wyrafinowanych postaci (Fashion Royalty). Do mniej zaawansowanych kolekcjonerów, adresowana była dużo tańsza seria lalek pozbawionych artykulacji: Janay & Friends. Jedną bohaterkę tej linii już miałam dzięki Babci :-) W Polsce znamy też efektowną serię nawiązującą do Starożytnego Egiptu (Ancient Legends). Oczywiście to nie jedyne propozycje I.T...
Ale wróćmy pokrótce do Dynamite Girls. W 2007 r. miała swój debiut, który nosił nazwę: "Explosive Style". Seria składała się z trzech lalek o nieco komiksowych na pierwszy rzut oka rysach. Były to: żółtowłosa Jett, śniada, delikatna blondynka Aria i seksowny rudzielec - Gavin. Wszystkie 3 bardzo interesujące, ale potraktowałam je tak, jak pierwszą edycję My Scene na tle Barbie. Po prostu, przez dłuższy czas nie wiedziałam, co o nich myśleć... Dopiero trzecia odsłona "Electro Pop" z 2009 r. sprawiła, że ekspresowo i jednoznacznie wyrobiłam sobie zdanie na temat tych ściśle limitowanych lalek (zaledwie kilkaset sztuk każdej pozycji na cały świat) - uznałam je za zachwycające! "Electro Pop" przyniosły drapieżną ciemnoskórą Reese, tym razem nie z kasztanowymi falami, ale z niesamowitym afro na głowie, jeszcze bardziej drapieżną Sooki o wiśniowych włosach i śliwkowym makijażu, Rufus z niebieskimi włosami i piegami, jedną z najpiękniejszych dynamitek moim zdaniem, trochę eteryczną Jasper i prawdzie cudo: Arię z różową fryzurą i zniewalającym spojrzeniem elfa...




A gdy przyglądałam się dynamitkom dłużej, odkryłam czytelne nawiązanie do mattelowskiej Barbie z lat '60 na moldzie "TNT". Poznajecie?


O ile fakt, że Mattel sam siebie cytuje w serii Modern Circle z początku wieku, wzbudza jednoznaczną sympatię, o tyle nawiązanie do estetyki przez konkurencyjną firmę, prowokuje protekcjonalny uśmiech ;-)
Tutaj z Melody z 2. edycji M.C. z 2004r.



Tu zaś z inną Dynamite Girl: Seasonal Essential Summer limitowaną ponoć do 250 egzemplarzy. Dłuższy czas myślałam, że takie małe serie przeznaczone są wyłącznie dla snobów. Dopóki sama nie odkryłam piękna i staranności wykonania tych postaci. A jeszcze jak coś trafia się okazyjnie z drugiej ręki...



W oryginale Aria miała kurtkę z misia w kolorze błękit paryski i żółtą bluzkę z jaskrawo zielonym napisem ;-) co czyniło ją całkiem inną kobietą z modowego pogranicza lat 80 - 90. Ja jednak mogłam pozwolić sobie tylko na zakup nagiej lalki. Stała u nas po prostu na stole, intrygując gości przywykłych do naszej kolekcji. Takie artykułowane lalki, szczerze zachwycały, bowiem był to jeszcze czas przed powszechnym wysypem mattelowskich Fashionistas. A większość znanych mi dziś kolekcjonerów nie miała jeszcze własnych blogów.



CDN.

Fanów Padlinki i innych miłośników kotów, zapraszam też na drugiego bloga, gdzie prezentuję rzeźbę mojej kici i opowieść z nutką metafizyki:  simran2pl.blogspot.com







Tworzywo: vinyl, guma.
Wysokość: 29 cm.
Sygnatura na głowie: 2007, JWU BY IT
Data produkcji: 2009.

Material: vinyl, rubber.
Height: 29 cm.
Signature on the head: 2007, JWU BY IT
Date of manufacture: 2009.

piątek, 12 czerwca 2015

Diorama skończona. Pół roku naprzeciw wieczności/Bedroom completed. Half a year opposite eternity.


Nie melduję jeszcze swojej systematycznej obecności i nie obiecuję, że już zacznę czytać zaległe wpisy na Waszych blogach. Ale przyjdzie czas, że z przyjemnością nadrobię te braki... Być może jestem na trochę innym etapie życia... Nielicznym pamiętającym - daję jednak jakiś sygnał... Hop - hop! Gdzieś tam jesteśmy. Moje lalki i ja. Czas po bardzo trudnej śmierci Padlinki, przedostatniego łącznika z własnym, dawnym światem, raz jest krótki jak dzień, raz długi jak wieczność. Byłyśmy całkiem same, ale ktoś obcy o dobrym sercu, dał nam kawałeczek własnego ogrodu, pod bujnym krzakiem jaśminu... Dwie Osoby z blogosfery wsparły mnie też swoim zrozumieniem i empatią. Ewo, Kasiu - dziękuję Wam gorąco!
Sporo się zmieniło przez to niemal półtora miesiąca. Minął paskudny, zimny maj; zniszczono kolejne drzewa na moim osiedlu, mamy nowego Prezydenta! ;-) I wreszcie kolekcja rosyjskich lalek z porcelany, które tak zachwycały mnie u Shi, trafiła do naszych kiosków.
Ciut zdegustowana też, choć na właściwym mej osobie luzie, wobec tego, co szumnie nazywają "życiem", pakowałam w siebie medykament sterydowy. I zastanawiałam się, pamiętając niepokój w oczach lekarki, czy potrzebna będzie biopsja i czy w ogóle mam chęć na takie upierdliwe bajery... Pocieszyłam się jednak szybko: "Kobieto! W razie złego obrotu spraw - zostawiasz tylko jedną Osobę, żadnych rozpaczających sierotek, siwiejących  rodziców, więc daruj sobie marudzenie. Wszak nikt nie jest wieczny". I pokrzepiona tymi odkryciami, z umiarkowanym entuzjazmem, przeszłam do porządku dziennego. Na wszelki wypadek przypomniałam sobie niektóre ulubione książki i filmy oraz zrobiłam z grubsza inwentaryzację lalek. Do realizacji ostatniego punktu chyba potrzebowałam mocnego pretekstu ;-) A przezorny zawsze ubezpieczony i nie zostawia po sobie bałaganu ;-). Sytuacja zmotywowała mnie również do zagospodarowania ostatniego okienka ikeowskiej witryny, wciśniętej w najmniejszy z pokoi. Tej, którą w całości zaaranżowałam na podobieństwo kamienicy.



Nazbyt masywne, syjamskie kocisko na poniższej fotografii, pochodzi z zestawu: Teresa & Mika 2006. Zwierzaki Mattela dodawane do lalek, to w ogóle bardzo obszerny temat, a ostatnia dekada jest pod tym względem wyjątkowa płodna.








Przedostania komora witryny, przez 2 lata przypominała magazyn: nagie lalki, pudełka, mebelki w częściach ;-) Sprawy ostateczne, czy też nie - co za różnica. Toż trzeba bezładną przestrzeń wreszcie ucywilizować...
A później alarm minął, wróciłam do stałych trudów codzienności. Do użerania się z ludźmi, oczekiwania na odpowiedzi od tych, od których nie tylko dobre wychowanie tego wymaga, ale też zwykły, urzędniczy obowiązek, więc nie wiem, czemu robią taką łachę. Pogarda tych, którzy mogą, wobec tych, którzy nie mogą, osiągnęła granice porzy(...)nia. Im miejscowość mniejsza, tym arogancja większa. Zasada niepodważalna jak zasada zachowania energii w fizyce.
W loggi, wciąż stoi kartonik należący do Padlinki ze starym swetrem i odciśniętym weń kocim kształtem... Jak milcząca niezgoda na stratę kolejnego przyjaciela, nawet jeśli ktoś sucho stwierdzi: czworonożnego.


Chińską sypialnię dla lalek o gabarytach Barbie, tak misternie wykonaną, że współczesny Mattel może się schować do mysiej dziury, kupiłam 4 lata temu, w tym samym miesiącu, w którym zmieniłam życie, dom i miasto. Składała się z łoża z baldachimem i dwóch szafek z lampkami nocnymi na baterie. Oraz zestawem śniadaniowym dla damy, której usłużny mąż podaje jedzenie i kawę do łóżka ;-)


Tych, którym zdarzyło się jeszcze nie zetknąć z projektem Mattela pt. "Generation Girl" (pierwsza edycja 1999r.), informuję, że zjawiskowa, nowoczesna Japonka na pierwszym planie (z edycji "Dance Pary"), to Mari. Wprawne oko, wychwyci jeszcze 4 dziewczyny Generation na dzisiejszych zdjęciach ;-)



Drugi komplet z toaletką, flakonikami perfum imitującymi kryształowe szkło, wieszakiem i krzesłem, zakupiłam tego samego, upalnego dnia w likwidowanym sklepiku, opatrzonym obiecującym plakatem: "Wyprzedaż od - 50% do i - 80%". Za oba komplety zapłaciłam... 20 zł! :-)



Jeszcze dodatkowe słowo o maleńkich, mattelowskich kotkach (z zestawu Barbie Posh Pets Kitten Style 2003) , oraz tym czarnym na szafeczce (chyba od Polly Pocket), w moim zamyśle kompozycyjnym - udającym figurkę z kamienia ;-).


Kiedy jesienią snułam się po naszym miejskim pchlim targu, przy straganie pełnym naczynek z drobiazgami, narzekałam, na brak małych kotków, które są mi bardzo, ale to bardzo potrzebne. Pani mnie wysłuchała cierpliwie i obiecała gorąco, że za tydzień je dostarczy. Ale najpierw pogoda, później kwestie losowe, następnie lenistwo, w końcu inne aktywności - cały ten katalog spraw tak dobrze każdemu znanych, sprawił, że następna moja wizyta na targowisku wypadła dopiero... pół roku później. Starsza kobieta zawołała na mnie już z daleka: "Mam dla pani te miniaturki, o które pani prosiła!". Czym jest pół roku naprzeciw wieczności? ...

Wygrzebałam też jeszcze takiego cudnego, realistycznego szczura!



Pani wszystkie 5 sztuk, zapakowała mi w papierową torebkę z... Pewexu:


Czas nie istnieje.


Przy okazji pokażę Wam oryginalne pudełka i fotki innych produktów producenta tych wyjątkowo udanych mebelków.

Zapraszam też na drugiego bloga, gdzie pokazuję całkiem sporo moich własnych projektów:
 simran2pl.blogspot.com