Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Arta Crisana". Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Arta Crisana". Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 lutego 2017

Dziewczyna z Transylwanii/Girl from Transylvania


Po miesiącu zlodowacenia, które sprawiło, że każdy spacer nie w centrum miasta, był dla mnie wyprawą na pole minowe, wreszcie odetchnęłam z ulgą! Od rana padał u nas śliczny śnieg, z godziny na godzinę przykrywając coraz grubszą warstwą ten stary, poszarzały, przemieniony w lodowe wyspy. Jeśli tylko wyspy, to pół biedy - bo parking przed przystankiem przypominał po prostu lodowisko. To kolejny smutny przykład na postępujące lenistwo naszego społeczeństwa i brak odpowiedzialności... Miałam pojechać dziś do pracy po komórkę, ale plany nieco się poplątały, zatem nieoczekiwanie w ten biały, lutowy dzień, mogłam wreszcie pójść na dłuższą chwilę do lasu. Śnieg zasypał zdradliwy lód i droga stała się przyjemnością, opatrzoną małym ryzykiem.
Skorzystała na tym trzecia z moich rumuńskich lalek, którą podobnie jak dwie poprzednie, kupiłam w Polsce ;-) Odsyłam Was do wpisu z ubiegłego roku, w którym dzielę się własnymi wspomnieniami z Rumunii, w której bywałam jako dziecko.

http://simran1pl.blogspot.com/2016/08/lalki-z-rumuniidolls-from-romania.html


Nadal niestety nie odnalazłam lalki, którą stamtąd przywiozłam, ale przyznam, że nie przyłożyłam się do sprawy sumiennie.
Moja trzecia Rumunka, nie posiada sygnatury i podobnie jak dwie poprzednie na 100%, jest wykonana ręcznie przez tego samego autora. Pod spodem podstawki więżącej stópki jednej z bohaterek ubiegłorocznego wpisu odkryłam karteczkę z następującym logo: Coop. "Arta Crisana" Oradea; Papusa: TARANCA MUSCEL; Simbol: C.XVI. 307; N.I. 7043-76; Petrul: 75 lei
Moja ograniczona klawiatura, nie pozwoliła mi na zachowanie oryginalnego alfabetu. Tak, czy inaczej drobiazgowo dopracowane lalki tej rumuńskiej firmy, która prawdopodobnie zaistniała w latach '70 XXw, bywają na Ebayu i Etsy. Ale w przeciwieństwie do Native American Dolls "Carlssona", czy regionalnych piękności ze wszystkich stron świata sygnowanych przez "Rexard/Odette Arden" - "Arta Crisana", zamknięta wtedy za żelazną kurtyną nie miała dobrego marketingu. Nikt z kolekcjonerów lalek nie poświęcił jej żadnej strony, nie ma dostępnej w światowej sieci biografii... Chyba na mnie spoczywa odpowiedzialność zdobycia informacji bezpośrednio z Muzeum Etnograficznego w Rumunii, co przyznam - może być ciekawą przygodą.  
Ręcznie wykonane są więc hafty, malunek twarzy, a nawet kwiatki na chuście. Takie autentyczne lalki z indywidualną duszą, uwielbiam szczególnie i chętnie przygarnę każdą! Bo rumuńskie stroje regionalne urzekają różnorodnością i bogactwem...    










(powyższe fotografie, pozwoliłam sobie oczywiście, zaczerpnąć z internetu)
A tu już pozostałe kadry mojej dziewczyny z Transylwanii. Tylko kilka, bo niby nie czuło się tego - 7 st. C, ale stawy dłoni pozbawionych rękawiczek, przypomniały o swoim istnieniu ;-)







Wysokość: prawie 21 cm.
Tworzywo: twarz i kończyny - plastik; pozostałe - różne rodzaje tkanin, skóra.
Sygnatura: brak.
Data produkcji: II poł. XXw.
Kraj produkcji: Rumunia            

Height: almost 21 cm.
Material: face and limbs - Plastic; other - different types of fabric, leather.
Signature: none.
Date of manufacture: second half. Twentieth century.
Country of production: Romania

Zapraszam też TUTAJ:
simran4.blogspot.com


I TUTAJ:  simran2pl.blogspot.com

środa, 24 sierpnia 2016

Lalki z Rumunii/Dolls from Romania


Po raz pierwszy do Rumunii pojechałam jako 9 - latka. Nie mam pojęcia jak ten kraj wygląda dzisiaj, ale wtedy przypominał krainę rodem z filmów o Draculi, złamaną nieco kolorytem romskich wątków znanych nam dużo później z twórczości Emira Kusturicy. Ale to wtórne skojarzenia. Jako dziewczynka trzymająca się kurczowo nogawki dżinsów mojej Mamy, która niczym ja wiele lat później, zaglądała w wąskie uliczki i mroczne zaułki ze swoim aparatem, odbierałam to wszystko jak bardzo dziwny sen. Krzykliwe kobiety w chustkach na głowach i postawni, wąsaci mężczyźni, ewidentnie wzbudzali mój lęk. Jedynie łagodne, pomarszczone staruszki, kojarzyły się bardzo swojsko. Sklepy były tak skromnie zaopatrzone, że trudno było o sensowne souveniry. A gdy już coś atrakcyjnego się pojawiło, trzeba było stoczyć prawdziwą batalię o miejsce w  kolejce z potężnymi, niegrzecznymi kobietami, które nie respektowały norm uprzejmości dla turystek. Ot, prawo silniejszego... Wieczorami , pochylały się nad nami groźnie Karpaty, emanując czymś niemal pierwotnym i złowrogim. Bywa, że po dziś dzień te widoki powracają do mnie w snach... W trakcie podróży, na poszczególnych stacjach, na których pociąg stał zawsze dłużej niż mógłby (zapewne niepisana umowa grzecznościowa) wpadały do pociągu rumuńskie handlarki, łase na plastikową biżuterię z Bazaru Różyckiego, kosmetyczki z nadrukami - fotografiami zachodnich modelek, złoto (choć to zarówno sprzedawały jak i kupowały obie strony) oraz... pewien lek, służący jako tabletka wczesnoporonna. W zamian oferowały głównie dolary. Nic dziwnego, że na granicy z Bułgarią, bo prawie zawsze jechałyśmy dalej, celnik pytał ładną polszczyzną: "Karabiny, dolary, kontrabanda jest?". Odpowiadało mu gromkie: "nie", choć połowa pasażerów oczywiście coś wiozła. Więc zdarzali się i tacy celnicy, choć rzadko, którzy z zacięciem przez wiele godzin, grzebali w walizkach, a nawet łóżkach, co napawało mnie prawdziwą grozą!


Ale z tej pierwszej podróży, mam też wspomnienie ... drugiej miłości ;-). Hmmm, dziewięciolatka, a już taka kochliwa, no nie? Cóż, pierwszego "narzeczonego" zostawiłam w klasie. Drugiego poznałam w pociągu, był szalenie grzecznym 14 - latkiem z drugiego końca Polski. Szkoda, że ja okazałam się tak słaba w pisaniu listów, bo z czasem zrozumiałam, jak trudno jest o szlachetne uczucia... Nie tylko wśród nieletnich.
Pod oknami wagonów, biegały pół obdarte, umorusane dzieci. Usiłowały się wdrapywać do przedziałów jak małe kotki. Polacy rzucali im z okien cukierki... Od takich właśnie maluchów J. kupił mi za swoje kieszonkowe, porcję truskawek na wielkim liściu, ale gdy tylko wrócił do swojego przedziału, Mama skonfiskowała owoce i dyskretnie je zutylizowała. Uznała bowiem ich źródło pochodzenia za niejasne i bała się, że mi zaszkodzą. Wody w butelce miałyśmy tyle, co do moczenia ust. W pociągu była awaria, więc w środku lipca na dole mapy, każda kropla płynu to skarb, skoro do kolejnej stacji parę godzin. Trochę dąsałam się na Mamę, ale rozumiałam jej argumenty. Z tamtej pierwszej podróży do Rumunii nie przywiozłam żadnej lalki... Ta, którą dostałam za rok, nadal jest "zaginiona w akcji". Dopiero generalne porządki u Babci, ewentualnie pozwolą mi ją odzyskać, choć przez zawirowania ostatnich lat pewne rzeczy niestety przepadły na amen...
Lalki, które Wam dziś prezentuję, kupiłam w Polsce! A co? Skoro z Rumunii przywiozłyśmy kiedyś komplet piłek do tenisa wyprodukowanych przez... Stomil? ;-)



Niedawno nabyłam na Allegro trzecią z tej serii, ale w marcu gdy robiłam te zdjęcia, jeszcze jej nie miałam.Swoją drogą, bardzo podobne i bardzo drogie lalki, wykonane tak samo starannie, ujrzałam już jako dorosła kobieta w Zagrzebiu. Na szczęście sklep był zamknięty, a zresztą i tak jechałam dalej na południe, więc racjonalnie oszczędzałam kasę. Obiecałam sobie, kupić je podczas następnej podróży, ale los nie pytając, czy w to wchodzę, napisał mi całkiem inny scenariusz, więc do Zagrzebia już nie pojechałam.    

(Czyżby to była dziewczyna z gór Zarand w Siedmiogrodzie?)






Bo tu już nie mam żadnych wątpliwości Dziewczyna z Sebes! Zdaje się, że Autor musiał znać tę starą kartę...









Wysokość: prawie 21 cm, bez podstawki.
Tworzywo: twarz i kończyny - plastik; pozostałe - różne rodzaje tkanin, skóra.
Sygnatura: brak.
Data produkcji: II poł. XXw.
Kraj produkcji: Rumunia              

Height: almost 21 cm, without stand.
Material: face and limbs - Plastic; other - different types of fabric, leather.
Signature: none.
Date of manufacture: second half. Twentieth century.
Country of production: Romania

Zapraszam też TUTAJ:
simran4.blogspot.com