Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kira. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kira. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 lutego 2020

Black Kira. Barbie Pink Passport. Adventure Dolls Gift Set


Czy u Was też panoszy się przedwczesna wiosna?
Wczoraj, nad moją głową przeleciało jakieś 10 kluczy gęsi. Małe, średnie i ogromne. Wiatr znosił je, rwał, łączył na nowo... Nie chciało mi się rzucać zakupów na chodnik i sięgać po aparat, choć bez wątpienia było to największe gęsiowisko, jakie widziałam. Nigdy też, gęsi nie leciały tak wcześnie, a obserwuję je od końca podstawówki. WIOSNA. Nic dodać, nic ująć.

Choć pospieszne, niewyszukane zdjęcia tej lalki, zrobiłam wreszcie w ostatnim tygodniu stycznia (wicher głowę urywał!) - zdecydowanie jest to zaległy wpis...


Znalazłam ją nocną porą na Allegro... we wrześniu. Miała oryginalny kostium , ale bez pareo i dodatków. Kilka dni poźniej, tłumiąc ekscytację, odebrałam paczkę z poczty.
Byłam bardzo zmęczona, nie dałam rady jej rozpakować. Nazajutrz, okazało się, że życie przenicowało mnie na dobre. Stan chaosu i walki, trwał kilka tygodni. Trudno było myśleć nie tylko o lalkach. Nawet wymarzonych, wyśnionych...


To nie koniec, cóż - taka kolej rzeczy.
A lalka? Przypomniałam sobie o niej pod koniec roku, akurat kiedy ustępowała mi grypa.
Wyjęłam ją z paczki dn. 1 stycznia.
Mój noworoczny prezent :-D




O tym, aby Mattel wydał Kirę (nazwa dla USA)/Marinę (nazwa dla Europy) w wersji: black - mogłam tylko marzyć. Bardzo etniczny mold Oriental, powstał w 1980 r. na potrzeby świeżej serii: "Dolls of the World". Debiut lalki o azjatyckich rysach nosił nazwę: "Oriental Barbie". Szybko zaczął reprezentować wszystko, co wschodnie. Była więc "oriental" Japonką, Chinką, Polinezyjką i Tajką. Ale przede wszystkim - Kirą/Mariną, czyli azjatycką przyjaciółką Barbie...



Co ciekawe, skośnooka, miała swoich przeciwników. Hmm, rasistów, chyba. Ja Marinę kocham, w tym samym stopniu, co dawną Teresę i Divę-Midge. Ale Ci z Was, którzy znają moje stare wpisy, pewnie dobrze o tym wiedzą ;-) Kayla/Lea to już całkiem inna jakość: typ multi-kulti.
Kira użyczyła swej twarzy także na licencji dla lokalnego wydania: Singapore Airlines. Ten lalkowy rodzynek też pokazywałam kiedyś na moim blogu...
Lata temu, wraz z bratnią Duszą Lalkową, snułyśmy wieczorne, a czasem poranne gawędy w stylu: "a gdyby kiedyś zrobiono Kirze rude włosy?"; "a gdyby Christie zachowano rysy afroamerykańskie, ale dano biały koloryt?"; "gdyby z Kiry zrobiono ciemnoskórą?"....

Kira "United Colors of Benetton" (1990 - Pierwsza edycja). Przypominam, że moja nadal szuka nowego ciałka, po spotkaniu z młodą, niereformowalną Recy(Dywą), która pogryzła jej parę lat temu dłoń.

https://simran1pl.blogspot.com/2015/10/sos-kot-zezar-lalke-szukam-tuowia.html




Poniżej kilka przykładowych Kir/Marin, wybranych losowo z moich witryn i zakamarków. 

"Splash' N Color" Kira (1996) i Kira jako Nia (1989) "Western Fun" - w mojej stylizacji. 


Moja pierwsza Azjatka, którą dostałam od Babci na urodziny: Kira "All American" (1990) w częściowo oryginalnym ubranku; resztę rozwlekłam po kartonach. Bardzo żałowałam, że nie ma brązowych oczu - wciąż miałam w pamięci poniższą pozycję, którą wtedy znałam tylko z katalogu. Ale mimo tego, Gina Maria, miała bardzo bogaty inscenizacyjny życiorys ;-) 


Marzenie zrealizowane już po studiach. Choć używana, zachowała włosy naturalnej długości i oryginalny kostium: Kira jako Miko w kultowej serii "Island Fun" (1987).


Doskonale pamiętam ją ze sklepu papierniczego blisko mojej Babci. "Sun Jewel Kira" (1993). Przychodzilam tam wielokrotnie pod różnymi pretekstami, by sobie na nią popatrzeć ;-) W tamtych czasach denerwowały mnie monstrualne kolczyki, ale zachwycały włosy i fioletowo-brązowe oczy z metalicznym połyskiem. Jasne, że bym ją kupiła, gdybym tylko miała za co ;-) Trafiła do mnie także po studiach, dzięki Allegro. Używana, ale w oryginalnym ubranku, z biżuterią. W Polsce, to rzadka lalka, jak i większość tej serii.  


Gdy na ciemnooką Kirę straciłam już nadzieję, niespodziewanie pojawiła się w jednym z pierwszych w Polsce, francuskich supermarketów. Kira w serii "Picture Pocket" (1999), była ostatnią Azjatką na tym moldzie, choć może jeszcze jakąś wypuszczono pod koniec stulecia, o czym nie wiem. W 2000 r. jej "obowiązki" przejęła - Kayla/Lea.  
W kadrze towarzyszy jej Kira jako Dana z kultowej serii "Barbie And The Rockers" (1986) - w mojej stylizacji. Kate i Bjork. 


Kira "Glitter Beach" (1992) - w mojej stylizacji z tamtych lat ;-).To pierwsza lalka, jaką kupiłam w tajemnicy przed domownikami, jak przystało na dużą dziewczynkę ;-). Tabate dość długo przemieszkała ze mną w ukryciu. Schowana w peruwiańskim plecaku, towarzyszyła mi m.in. na maturze. I dobrych parę lat później, już oficjalnie wciśnięta do teczki - na obronie pracy magisterskiej ;-) Sami więc widzicie, jak ważna to postać ;-D


Tak sobie marzyłyśmy... Co zrobimy, kiedy dorośniemy, nabędziemy umiejętności i znajdziemy pracę u Mattela ;-) Ale przyszłość miała dla nas inne plany.
Postanowiłam żyć z pisania, sztukę kategorycznie zachować jako hobby, o czym niestety wiedzą wszyscy, którzy proszą mnie o obraz, czy rzeźbę. Ups... Projektami lalkowymi, perfekcyjnie zajmują się inni, jakby czerpiąc z naszych dawnych, zastygłych w przestrzeni marzeń :-) Cieszę się, że mogę oglądać ich wizualizację.

A jednak w serii "Fashionistas", która nie dość, że oprócz nowych, naturalnych i nowoczesnych twarzy, reaktywuje i dostosowuje stare - ciemnoskórej Kiry się nie doczekałam.
Znalazłam ja za to, jako AA towarzyszkę Barbie (Nikki) w zestawie: Barbie Pink Passport 2 Pack Camping Adventure Dolls Gift Set.


Na niższym, niemal skipperkowym ciałku z 2015 r. , sprawia zaskakująco pozytywne wrażenie. Pomijając włosy - moje choć krótkie mają ten sam wariant kolorystyczny :-) - jej twarz kojarzy się rdzennie amerykańsko... A może to współczesna mieszkanka Wyspy Wielkanocnej? Jak myślicie?

Wysokość: 26,5 cm.
Tworzywo: plastik, guma.
Data: głowa - projekt z 1980 r.; ciało: 2015.
Cechy szczególne: pierwsza ciemnoskóra lalka na tym moldzie.
Kraj produkcji: Chiny.

czwartek, 14 lipca 2016

Kultowe serie Mattela. Część 2. Splash' n Color/Cultic series Mattel - Part 2. Splash' n Color


Stało się. Kasia Zbieraczka mi wykrakała! A myślałam, że tylko u mnie w rodzinie były Czarownice...
Wczoraj uznałam, że fakt iż uniknęłam rozjechania na przejściu przez przystojniaka w wypasionym, srebrnym aucie, to jedyne moje zdziwienie. Wszak we śnie, zostałam zastrzelona w lesie przez jakiegoś czuba i gdy chwilę leżałam martwa, zanim się obudziłam z tej sielanki, zadawałam sobie pytania: "Za co? Dlaczego?". Zatem po zdarzeniu z dreszczykiem, też niefajnie mi się zrobiło... Cóż,  ktoś rozpędza się z premedytacją, widząc babkę na przejściu dla pieszych... Brrr. Mało jest świrów? Ploteczki przez komórkę mnie odprężyły i tak, na luzie weszłam do sklepu po warzywa. A, że w weekend szykuje mi się damska imprezka, postanowiłam kupić wino w promocji, skoro akurat przecenili. Zadowolona z siebie podeszłam do kasy, a tam zdziwienie numer dwa, i to do potęgi!
- Dowód poproszę - usłyszałam poważny, damski głos.
Nie wiem, jaką miałam minę, pewnie krańcowo głupią, jak w chwilach, kiedy słyszy się nie do końca śmieszny żart. Ale pani przy kasie nie żartowała, dlatego moje zmięte w zębach: "Aaaale to chyba.... jakaś pomyłka", zabrzmiało mało przekonująco. Pomyślałam, że pewnie każdy młodziak, który nie ma dowodu tak mówi ;-) I w obciachowej panice zaczęłam się zastanawiać, czy w ogóle mam przy sobie dokument tożsamości, bo odkąd się przeterminował, w swym anty systemowym podejściu do świata, nie zawsze go noszę. Ufff, był! He, he!!! Teraz ja mogłam pośmiać się w duchu, widząc minę gorliwej pani patrzącą na moją datę urodzenia ;-D. No, jakoś tak bez przekonania oddała mi dokument. Fakt, na fotografii mam długie, grzeczne warkocze, w realu grzywę z cienkimi warkoczykami, a na reszcie głowy prawie jeżyka. Ale chyba nie wyglądam na osobę, która posiłkuje się cudzym dowodem? Z żyletką na szyi (perfekcyjna kopia narzędzia mordu; 1:1) i sową na czarnym podkoszulku, muszę wzbudzać wyłącznie zaufanie ;-)  Taaaa, w stanie osłupienia dogoniłam tramwaj i z ciekawą lekturą na kolanach (sadystyczne archanioły kontra łowczyni wampirów; wybaczcie: Dostojewskiego po raz pierwszy przeczytałam pod koniec podstawówki, a ostatni pod koniec studiów na Wydz. Polonistyki, więc czuję się zwolniona z ambitnych tekstów) doszłam już do stanu względnej równowagi. Z ową błogością w duszy, spacerkiem, doszłam do pętli autobusowej. A tam zdziwienie numer 3. Widok mojego pojazdu, który wedle rozkładu od 3. minut powinien być w trasie, ucieszył mnie nieziemsko. Ale pan kierowca z przerażeniem w oczach wołał do grupki pasażerów na przystanku: "Proszę nie wchodzić! Proszę ustawić się przed autobusem!".
W owej gromadce zdezorientowanych osób, pojawiła się jak zły duch Pani Fixum, bardzo natrętna, choć inteligentna; nadpobudliwa i wulgarna starsza osoba, z  którą wracam niemal codziennie. Zaczepia ludzi, biega po pętli od autobusu do autobusu, zadaje pasażerom pytania, toczy sama ze sobą filozoficzne monologi, itp...... Odkąd nawymyślała mi od "Żydówek", straciłam dla niej całe współczucie. Dlatego, gdy z błyskiem w oku zapytała mnie:
- A, czyżby bombę ktoś podłożył?
Odwróciłam się ostentacyjnie i w milczeniu patrzyłam, jak wezwani policjanci oświetlają latarkami wnętrze z tyłu pojazdu. Po krótkiej wymianie zdań, krzyknęli do ludzi, by się jeszcze odsunęli (Pani Fixum biegała jak nakręcona) i na kolorowej, mocnej linie wyciągnęli podejrzany przedmiot. Na szczęście okazał się jakimś starym urządzeniem, policjant zasugerował, że to być może... akumulator.
Do domu dotarłam w jednym kawałku. Po takich przygodach, dopisuję kolejne zdziwienie do mojej listy.            



Równe 20 lat temu, w 1996 r. pojawiła się także w Polsce seria plażowych lalek: Splash'n Color. W oryginale liczyła 7 postaci. To oczywiście: blondynka Barbie; jej młodsza siostra Skipper; brunetka o wielkich sarnich oczach, Teresa; Azjatka Kira/Marina - nie wiedzieć czemu obdarzona przez projektanta błękitno - żółtymi tęczówkami; Afroamerykanka Christie, hmmm także błękitnooka;



Ken z kasztanowymi, moldowanymi włosami (czyli namalowanymi jednolitą farbą na wyrzeźbionej gumie) i Afroamerykanin Steven. Do naszej, macierzystej parodii kapitalizmu, sprowadzono A.D. 1996, jedynie Barbie, Kena i Skipper. Wtedy, kupiłam tylko tę ostatnią. Na próżno wzdychałam do ciemnoskórej pary (mimo tych niedorzecznych błękitnych oczu), czy do równie niedoskonałej Azjatki.


W tamtych latach, Mattel chyba zatrudniał daltonistów, bowiem czarnym i żółtym lalkom uparcie smarowano oczy całą paletą barw, byleby tylko nie użyć ... barwy brązowej. Za to Teresa, bezkrytycznie stała się moim marzeniem, które spełniłam dopiero ok. 30. ;-)


Podobnie jak zakup używanych Kiry i Christie (niestety, bez firmowych kostiumów). Barbie kupiłam przy okazji za 8 zł, choć mi się nie podobała, ale taka cena i świadomość, że nabywam główną bohaterkę serii, nie pozostawiła kolekcjonerskiej namiętności wyboru.
Chyba nie muszę pisać, co w tym projekcie jest takiego wyjątkowego. Oczywiście, że chodzi o te kosmiczne fryzury: nie dość, że kolorowe, to jeszcze przetykane pasmami, jakby anielskiego włosa! W plażowych kostiumach, a jednak z choinki się urwały... ;-)  


Poza tym seria wpisuje się w schemat świetnie znany z lat '80 i '90 XXw. Z grubsza te same imiona, te same sztywne ciała bez artykulacji kończyn górnych, tradycyjnie ciemna karnacja nawet dla Barbie, oraz stroje: kostiumy kąpielowe i obowiązkowy brak bucików, choćby klapek. Serie plażowe wydawane były co roku i prawdopodobnie nic się w tej kwestii nie zmieniło po dziś dzień. Ale powiem Wam, że pomijając kolekcjonerskie i Fashionistas, nie przejawiam zainteresowania współczesnymi produktami Mattela. Więc jeśli już nie produkują plażówek, to zdołałam to przeoczyć...
Z początkiem lat '90, plażowe lalki otrzymują kolczyki - coś, czego firma wcześniej konsekwentnie unikała. Idea tańszych lalek o kolorze ciałek imitującym opaleniznę, odzianych w kostiumy kąpielowe, narodziła się w 1971r. wraz z pierwszą Malibu Barbie. Wątek tego projektu jest tak pojemny, że będę do niego oczywiście wracać w innych postach.
Tymczasem syćcie oczy latem! Plażowa sesja powstała w niemożliwie gorący sierpniowy dzień w ubiegłym roku. Dziś dla odmiany (no, dobra, nie tylko dziś) lipiec z uporem naśladuje... wrzesień.




11 - centymetrowa dziewczynka, na tradycyjnym ciałku Kelly, z kolorowym warkoczem: wymarzony dodatek do tego zestawu to - Sandy Merbaby wydana w secie z syrenką Ariel w 1997r. na cześć bajki Disneya ("Let's Swim"). Niby całkiem odrębny projekt, ale jak to u Mattela bywa, nawiązujący do poprzednich produktów...


środa, 28 października 2015

SOS - kot zeżarł lalkę! Szukam tułowia/SOS - ate cat doll! I'm looking body.


Jak w tytule, Moi Drodzy. I nie jest to pierwsze przestępstwo tego kota.!
( w końcu ma na imię: "Recydywa"). Ale zacznijmy od początku...
Zapraszam do oglądu puszystego fotostory ;-)
Był rok 2011, gdy na skutek zrządzeń losowych, zmieniłam dom i miasto. Kiedy ludzie zawiedli, wierne okazały się tylko... lalki i zwierzęta. Sprowadziłam się tutaj z czterema czworonogami. Psa już nie miałam, zostały więc same koty. Moje 3 syjamy i stuknięty pers, którego kupiłam Mamie by miała motywację do walki z chorobą... Człowiek umarł, zwierz przeżył. I charakter szybko wyszedł z niego paskudny. Nie ukrywam, że nie pałałyśmy do siebie miłością ;-). Ale czego nie robi się dla sentymentu?... Bestia zapracowała sobie na imię Hołota, ponieważ do głównych rozrywek tej zdeprawowanej natury, zaliczało się obgryzanie roślin i napotkanych przedmiotów (zabytkowe meble, kable). No, koci świr, po prostu! ;-D

Nie przewidziałam, że los w krótkim czasie pozbawi mnie trzech ukochanych syjamów... Kilka miesięcy później, przeniosła się dramatycznie w "Kocie Zaświaty" Ostucha, matka Tuma i Padlinki; kotka będąca darem od mych nieżyjących, najdroższych pod słońcem Przyjaciół. A, że byłam wtedy mocną, energiczną laską, która nie przyjmuje do siebie kolejnych strat, 3 tygodnie później przewertowałam internet (dział: "oddam kota") i przywiozłam 5 - tygodniowego dzieciaka oderwanego od piersi. Ludziom okociły się na raz 2 kotki, więc postanowili szybko zredukować nadmiar łap i kłaków. Nie wzięłabym ja, wzięliby inni... Z kontaktowego stada, wybrałam egzemplarz autystyczny z zaburzonym błędnikiem. Siedziało to godzinę w krzewie porzeczki, obojętne na zabawy rodzeństwa i kuzynów, lekko zamyślone i wystraszone. Ponadczasowo tkwiło we własnym świecie ;-) W końcu spadło jak placek na glebę, gdy usłyszało gong łyżki w puszkę z konserwą. "Oto niedoskonała istota w sam raz dla mnie" - pomyślałam.
I bez przekonania (bo taka kruszyna), przyniosłam tych parę deko do domu.


Zaraz zainteresowała się nią Padlinka, która nigdy nie miała własnych dzieci i jej brat - Tum. Krążyli za nią jak cienie.


Lecz wystraszone, syczące kocię, wolało mieszkać pod starą szafą, odporne na dźwięki i zapachy (szafę skrobałam, opalałam, malowałam, doprowadzając ją do stanu używalności). Miniaturowy kot był ponad te renowacyjne niedogodności.



Odebrałam kilka kocich porodów i wychowałam kilka miotów. Ale to coś białe w pomarańczowe i czarne łaty, przerosło mnie jak samo bieżące życie ;-) Krążyło po mieszkaniu wyciągając łebek i piszczało 2 doby, szukając matki. Nie byłam w stanie spać przy tych rozpaczliwych dźwiękach, choć serce dawno mi pękło na skutek osobistych zdarzeń.                  
Gdy wreszcie po dwóch dobach, kocie dziecko zemdlało pod krzesłem, na oślep zrobiłam zdjęcie i  sama mogłam trochę się przespać.  


Później już szło tylko ku lepszemu... Przestało syczeć na Padlinkę,




ale ponieważ miało wybór - szukało matki możliwie najbardziej podobnej.




Padlinka z Hołotą nie raz biły się o kociaka ;-). Ale Lina odniosła ostateczne zwycięstwo:


Trójkolorowa dziewczynka została zaadoptowana i pokochana. To była miłość pełna wzajemności...







Młode tyło,



obrastało sierścią (już się nie łudziłam, że będę miała wygodnego, krótkowłosego kota),


nabierało pewności siebie,


i ciekawości świata...


Stop! Tutaj sielanka się kończy. Podrośnięty słodziak szybko zaczął dokonywać aktów wandalizmu (wykopki w doniczkach), rozbojów (na inne koty, ma się rozumieć), kradzieży (zwłaszcza drobnych przedmiotów z mojej pracowni - szpulki, kłębki - ale zwędziła mi kiedyś bransoletkę i nosiła triumfalnie w pyszczku ;-)). Moje wychowanie sprawiło tylko tyle, że postępowała bardziej dyskretnie (czytaj: nie dawała się złapać). Zapracowała sobie na imię Recydywa - zdrobniale Dywka.
Gdy nakryłam ją jednak na takim potraktowaniu mojego mienia, już wiedziałam, że napatrzyła się na działalność Hołoty.


Pewnego dnia, wyciągnęłam z koperty maleńką laleczkę - wymarzonego chłopczyka Heart Family, z tych najstarszych edycji (różowy plastik). Cena była niska, chłopak przybrudzony. Zaniosłam do łazienki, położyłam na półce przy wannie. Miałam umyć już, zaraz. Dopadła słabość, senność. Przebrałam się w piżamę, klapnęłam na łóżko. Skoro świt, znalazłam chłopczyka obok kociej miski, pod umywalką. Miał pogryzioną stopę. Nie chcecie wiedzieć, co wtedy powiedziałam ;-) Każdy by to ocenzurował. Ale po chwili namysłu uznałam: sama sobie jestem winna zaniedbania, trzeba było umyć od razu. Kot to w końcu łowca. Upolował zdobycz. Próbował skonsumować. Rzecz naturalna. I we wrzątku usiłowałam odratować pokiereszowaną stópkę.
Ale gdy parę miesięcy później, nie domknęłam jednej z witryn i łaciata cholera wsadziła tam mordę, żeby pochłonąć dłoń mojej ukochanej Kiry z serii Benetton (1990), uznałam: miarka się przebrała i granice zostały naruszone!



Przy Padlince mogłam zostawić połowę kolekcji na środku podłogi. Kotka z zafascynowaniem pilnowała ją jak najlepszy "bodyguard".


Z rządzą mordu w oczach (czytaj: sprawiedliwości musi stać się zadość)  weszłam do drugiego pokoju i spojrzałam na ścianę.


Trudno. Najlepiej skasować 2 potwory za jednym zamachem! Wreszcie lalki będą bezpieczne...
Ale czy moglibyście zamordować takie... COŚ???


Wita przy drzwiach rozgłośnym mruczeniem. Brzmi to jak maleńki tartak ;-) Żegna, mrucząc nieco ciszej, kiedy wiążę buty. Rano liże po ręku, lub twarzy. Po twarzy wtedy, gdy śnię koszmary i zaczynam się dusić. Bursztynowe oczy wpatrują się we mnie ze zrozumieniem. Później prosi, by wypuścić do loggi. Siedzi obok, kiedy na schodku jem śniadanie. Wiem, że wolałaby polować na zaglądające do nas ptaki... Ściskam ją za ogon - nie gniewa się... W ciągu dnia, siedzi obok klawiatury. Zagląda do miednicy, kiedy piorę, choć panicznie boi się wody. Po prostu - jest.
Dlatego nie zabiłam, ale przytuliłam.
I pytam Was, czy macie na zbyciu blady tułów (ale nie różowy i bez profilowanych stóp)  T'n'T z początku lat '90???.....................