Nie wiem, co napisać po tylu miesiącach nieobecności TUTAJ... Chciałoby się wiele - ale nie dzisiaj. Zdjęcie ze stycznia 2023 zaprezentowane na początku lata, jest świadomym, symbolicznym znakiem upływu czasu ;-)
Duuużo działo się w moim życiu przez ostatnich 8 miesięcy. 💥Gdyby nie jeden komentarz i dawniejszy mail, świadczący o tym, że ktoś mnie jeszcze pamięta - nie wiem, kiedy i czy w ogóle - doczłapałabym się na strony "starego medium" - jakim bez wątpienia są dziś hobbystyczne blogi. Dziękuję serdeczne Duszyczki Lalkowe za ciepły sygnał. 💖
Dwie z Was regularnie śledzą moje prywatne i zawodowe losy na FB. Komuś wysłałam ongiś zaproszenie do grona znajomych, ale rozumiem, że w karuzeli pseudonimów, skrótów i tożsamości internetowych, czasem trudno się zidentyfikować. 😉
Chciałam Wam wszystkim zaglądającym TU czasem powiedzieć, że pięknie wspominam blogosferę. To były cudowne lata i świat wykreowany na lepszy od tego, który mamy obok, codziennie. Świat alternatywny, nie bojący się wrażliwości i fantazji. Czasem za nim tęsknię - podobnie, jak za wspaniałymi Osobami, z którymi dzięki lalkom splatały się moje losy. 💖
Idę za ciosem wobec postu poprzedniego i prezentuję drugą Indiankę
z ponadczasowego tryptyku: „Native Spirit Collection”. Miała być tylko nazwa
lalki. Ale podtytuł doczepił się samoistnie, po tym, jak odnalazłam tutaj,
przekopując się przez setki postów - pierwszy (i jedyny pełny wpis) poświęcony
tej zjawiskowej postaci. To był rok 2014:
Osobiście początek nowego życia; dziś, z perspektywy lat:
czas trudny, ale ustabilizowany i progresywny. Optymistycznie myślałam, że najgorsze
za mną. W tamtym okresie też, nadal pojawiały się w moim zbiorze liczne niezwykłe
lalki – zarówno te wymarzone, jak i przypadkowe, ale radujące każdą komórkę
moich zmysłów. „Duch Ziemi” z serii zainicjowanej w 2001r. był dla mnie wtedy
ziszczeniem snów.
Podobnie, jak w poprzednim poście wyrażę zdziwienie, że
Mattel tak stawiający ostatnio na trendy etniczne, dyskryminuje rdzenne Amerykanki.
Jak zwróciła na to uwagę jedna z Was w komentarzu pod poprzednim wpisem, nawet
w bogatej serii multikulturowej „Fashionistas”, nie ma bohaterek i bohaterów z
tej grupy. Smutne, że mamy Azjatki, całe serie ciemnoskórych dziewczyn, Muzułmanki... nawet syreny i kosmitki - ale o promocję Indianek nikt nie dba :-( Znamienne też, że nigdy w serii Lalki Świata (zapoczątkowanej w 1981r.), Mattel nie zdobył się na odwagę i nie zaprezentował... Rdzennej Australijki.
Widać: są równi i równiejsi. Nawet w świecie plastiku.
Niniejsza sesja powstała w styczniu br. Do jutra, Kochani 😊
Dziś obudził mnie powiew wiosny. W bieli na trawnikach
zaczęły pojawiać się kałuże odbijające błękit nieba. Z odległego bloku, zamiast
disco-polo, niosły się tony pieśni ukraińskich przez dobre pół godziny. A
później, wśród radosnego śpiewu leśnych ptaków, zabrzmiał klangor żurawi. Czy
trzeba dodawać coś więcej?... 😊
A jeszcze 2 dni temu było tak:
Zapowiadali tę odwilż, być może już koniec zimy, chyba od
weekendu, choć jeszcze niedawno wieszczyli powrót tzw. „bestii ze wschodu” 😉
O dziwo słoneczny i mroźny czwartek na Mazowszu, udało się specom od pogody
przewidzieć trafnie, więc wsiadłam w autobus vis a vis mojego osiedla i już 12
minut później byłam nad wieliszewskim jeziorem, w obszarze chronionego
krajobrazu.
Jabłonowskie łąki zabudowano prawie całe, więc przestałam tam
jeździć, by nie zadawać sobie dodatkowych cierpień. Las obok mnie rżną w pień
odkąd w Polsce zmieniła się władza. W ciągu prawie 10. lat, jak tu mieszkam, deweloperzy
zabudowali 90% wolnych przestrzeni: zagajników, podleśnych polan i pozostałości
unikalnego na skalę powiatu - krajobrazu wydmowego. Nie raz pisałam o tym na
blogu: „Człowiek tu był”. Wieliszew też znika pod betonem, ale to co dziś zobaczycie,
niemal na pewno pozostanie.
Jedną z 2 dziewczyn, które zabrałam na wyprawę
rekreacyjno-fotograficzną, była piękność na moldzie Lara/Ana zapoczątkowanym
przez serię Generation Girls.
Tę drobną twarzyczkę poznaliśmy w 1999r. Więcej o
tej konkretnej twarzy pisałam (pokazując po raz pierwszy Ducha Wody), w 2017r.
TUTAJ:
Przez 20 lat, Mattel nie miał ambicji, aby choćby dorównać
etnicznemu tryptykowi „Spirit Collection”, wydanemu dla sieci TOYS RUS. Co
gorsza, od dobrych kilku lat, nie powstają w ogóle nowe rdzenne Amerykanki!
Uważam to całkiem serio za powód do - uwaga!!! - pokojowej prezentacji stosownych
transparentów na ulicach USA. Bez ofiar, ran, rozbijania witryn sklepowych… Czy
Rdzenni Amerykanie nie dość wycierpieli z rąk swoich Białych braci? Ich nie
obejmuje polit-poprawność, hę? Nie mają widocznego, słyszalnego lobby??? No,
dobra, ja też zamilknę. Bo jeszcze mi bloga cenzorzy zamkną.
Kochani, trzymajcie się zdrowo. Ja sama czuję się niepokojąco
marnie, jakby brała mnie grypa. Oby nie. Miniony rok, był jedynym od ponad 20
lat, gdy to dziadostwo mnie ominęło. Chyba sobie nie przypomniało, że żyję… 😉
Ci których dzieciństwo przypadło na lata ’80-90 XX w., mogą
je znać, choć w Polsce nie były tak popularne, jak Barbie z Kenem, Petra i
Sindy w kolejnej odsłonie, Diana, Steffi, czy tym bardziej holenderska Fleur. Nie
licząc całej masy kloników, czerpiących z serii Mattela, dostępnych m.in. w „Komisach”,
do których Totsy bez wątpienia należą. To nie pierwsza prężna linia klonów
Barbie, która mimo płodności taśmy produkcyjnej, nie posiada rzetelnej
dokumentacji, a Kolekcjonerzy na własną ręką ustalają poszczególne modele Sandi
z rodzinnymi przyległościami. Ale nie o niej, jako takiej, chcę dziś pisać.
Gdy
3 dni temu, szłam do lasu w ostatni jak sądzę w tym roku dzień z temperaturą +
16 stopni, muskający policzki nie listopadowym ciepłem, na chybił trafił
sięgnęłam do witryny po lalkę, której tu jeszcze nie pokazywałam: „Indian Princess.
Legends of Yesteryear Series. 20 Piece Gift Set.”
Do mnie dotarły tylko fragmenty zestawu, choć lalka ma swój
kompletny strój z mokasynami (zapinanymi, uwaga: na rzepy😊),
etniczną tekturką ? i nosidłem dla dziecka (u mnie użytkuje je mattelowski
maluch).
Lalka ma obrotową talię; gumowe, lekko giętkie rączki i
nóżki zginane na standardowe 2 x klik. Tworzywa odznaczają się wysoką jakością
i konsystencją bez przebarwień.
Żałuję, że z pośpiechu nie chwyciłam jej małżonka, znajdującego
się w drugim pokoju (z projektu: „Indian Brave”), ani mocno sfatygowanej,
latorośli - lecz zapowiadali u nas nagłe załamanie pogody – co skłoniło mnie do
redukcji poczynań… Mam nadzieję, że nic
straconego i kiedyś ze szczegółami przedstawię całą rodzinę, a także inne
Totsy, które zawitały pod mój dach.
Na fali kultowej „Pocahontas” Disneya, chyba wszystkie
lalkowe firmy, wypuściły swoje własne wersje postaci nawiązujących do
amerykańskiej legendy. Choć z wyjątkiem Mattela, nie miały licencji na
produkcję twarzy z tej niepowtarzalnej animacji, śmiało nadawały swoim śniadym,
czarnowłosym lalkom odlewanym na standardowych moldach, imię: Pocahontas. „Totsy”
made in China, choć z USA, wykazała się tutaj nie lada rozmachem. Nie bawiłam
się w szczegółowe liczenie serii, ale w oko wpadło mi kilkanaście Pocahontas:
solo i w setach – z ubrankiem na zmianę, dziećmi i/lub akcesoriami, mężem, koniem,
teepee, nie licząc odrębnych zestawów garderoby oraz samotnych wojowników.
Takiej fantazji nie wykazała nawet Kid Kore, która także na fali kreskówki „Pocahontas”,
uruchomiła bardzo bogatą, tematyczną produkcję, bijącą Mattela na głowę.
Poszperajcie sobie w sieci – naprawdę warto!
Załamanie pogody dopadło mnie w środku lasu. Ostatnie
rodziny z dziećmi, pognały przed siebie mimo połowy dnia i tygodnia: małolaty
nie w szkole, rodzice nie w pracy… Jakbym znalazła się w jakimś filmie….Błękit
nieba, zeżarła gęsta szarość. Ciepły wiatr zmienił się w lodowaty. Ostatnie
podgrzybki pachniały wyjątkowo aromatycznie w reklamówce, a lalka nieśmiało wystawiała
łeb z plecaka. Tak pożegnałam sezon długich wędrówek. Od 2. dni powietrze zionie mrozem…
Na zakończenie, dziękuję tym z Wam, którzy zamieścili pod
moim poprzednim postem ciepłe i życzliwe komentarze. Trzymajcie się zdrowo,
mimo szalejącego wokół nas chaosu, który opisuje ten utwór - z miesiąca na
miesiąc mniej metaforyczny, a bardziej dosłowny (co nie odziera go z sytuacyjnej
satyry):
Oraz ten – choć sprzed 10. lat - jak znalazł na dziś:
Wysokość: ok. 29 cm.
Sygnatura na głowie: TOTSY 1992
Tworzywo: plasik, guma.
Cechy szczególne: lalka inspirowana disneyowską animacją „Pocahontas”
z 1995r.
To już bodaj 12-y wpis od początku istnienia tego bloga, dotyczący ikonicznych lalek z Ameryki Północnej, sygnowanych przez istniejącą ponad 50 lat (od 1946r.) firmę Carlsona. Od pierwszej Native American Girl w zamszowym stroju, rozpoczęłam nie tylko moją blogową sagę, ale kolekcję lalek w ogóle! Jak zwykle odsyłam Was do starszych wpisów, gdzie pokazuję jak z wiedzą i zamiłowaniem tematu, można było tworzyć przedmioty pokazujące wszelkie odcienie starożytnej kultury.
Dziś chcę podzielić się z Wami moim najnowszym nabytkiem, znalezionym na Allegro jakieś pół roku temu. Laleczka ta jest dla mnie cenna potrójnie. Po pierwsze: to raptem drugi chłopak N.A. w moim licznym babińcu.
Po drugie: trzecia postać na tej formie - unisex - jak widać dziewczyna ma ten sam kształt ciała i twarzy (rozbawiły mnie moldowane włosy pod doklejonym irokezem :-)).
Po trzecie, wreszcie: lalka ma oryginalną metkę! Musiała przestać kilka dekad u kogoś na półce, jako szanowana pamiątka regionalna...
Jeszcze w sobotę było u nas +25 st. C, choć już tchnące wilgotnym chłodem w cieniu. Koty nie chciały wracać do domu, Nadzieja, jak zwykle uwaliła się pod tują,
a ja w bluzce z krótkim rękawem, do wieczora siekałam warzywa na leczo. Rano obudziła mnie ulewa, a temperatura przez cały dzień nie przekroczyła +10 st. Patrzę na to, co dzieje się w Polsce i w świecie. Nieprzewidywalność unosi się niewidoczna, ale namacalna jak czad. A dla mnie koniec września do połowy października, to czas rocznic, martwych urodzin, ciepłych wspomnień... Minione życie w pigułce pamięci.
Pospieszna sesja powstała ponad tydzień temu, jako skutek uboczny grzybobrania, czego kulminacją, było wdrapanie się na największą znaną mi skarpę w naszym lesie.
Trzymajcie się zdrowo, Kochani :-) Do następnego!
Wysokość: 15 cm
Sygnatura: CARLSON MANUFACTIRING CO., Maple Lake, Minnesota