piątek, 24 kwietnia 2015

Petra Babies i krótka podróż w czasie/Petra Babies and short trip in time.


Moje dzieciństwo, to lalki Fleur, Barbie, klocki Lego i małpki Monhchichi. Oczywiście ujmując temat z grubsza. Zdecydowanie wolałam dwa ostatnie elementy, niż dwa pierwsze. Choć, to prawda - podobały mi się te lalki o kształtach dorosłych kobiet... Marzyłam by projektować im ubrania ;-)
Zdarzyło mi się także spotkać lalkę Petrę u koleżanek których ojcowie pracowali w NRD, lub RFN.O tych z RFN-u, myślałam jak dziś o ministrze. Nieee, nie w tym kontekście, że to niekompetentna, pazerna fajtłapa, którą trzeba wymienić na lepszy model, ale jak o wielkim, dzianym facecie, który może wszystko, a jego córka, to współczesna księżniczka. Niemniej - Petry z tymi zadartymi noskami i naiwnym spojrzeniem błękitnych oczu, nie zjednały mojego serca. Uznałam, że są zbyt cukierkowe i pretensjonalne, choć zapewne ostatniego wyrazu nie miałam wtedy jeszcze w słowniku.



Uwielbiałam za to metalowe autka, zwane "żelaźniakami" i żołnierzyki z kiosku Ruchu, kiedy wyrosłam już z gry w kapsle. Hmmm, teraz to się "gender" nazywa i budzi grozę. Wtedy byłam po prostu dziewczynką, która bawi się zabawkami dla chłopców i jak najniewinniej woli ich towarzystwo, od kompani dziewcząt uciekających z krzykiem na widok osy.
Zbierałam też kolorowe opakowania po zagranicznych słodyczach, które urzeczona jakością papieru, barwami i grafiką, wklejałam równiutko do zeszytu (wyobraźcie sobie, że mam jeszcze te zbiory!) oraz naklejki skopiowane z zachodnich, przez naszych przedsiębiorczych rzemieślników (też je jeszcze mam i pokażę kiedyś na blogu: ODKRYTE, UPOLOWANE, WYCZAROWANE).          
Sama Petra, cóż... Nie podobała mi się wtedy głównie z tego względu, że była jasną, grzeczną blondynką i nie miała w przeciwieństwie do Fleur prawdziwych rzęs. Zresztą już wtedy kochałam lalki regionalne, egzotyczne i tajemnicze. Petra nie była w moim guście. W jej facecie, Fredzie, też się nie zakochałam; Za to o istnieniu dzieci, nie miałam pojęcia! Gdybym ujrzała wtedy te pulchne maluchy, zapewne chciałabym je adoptować dla mojej Fleur! ;-)


Pierwsze dzieciaki inne niż te flerkowe (widziane w katalogu), jakie ujrzałam na żywo, to były mattelowskie Heart Family na moldzie Rosebud (pokazywałam je w tym roku w poście: "Trzy pieguski"). Potomstwo Petry, przypomina dzisiejsze klony wiodących firm. Kiedyś zapewne nie wychwyciłabym różnic pomiędzy laleczkami Mattela. Zresztą i kolekcjoner potrafi się pomylić. Tylko popatrzcie...
Mattel Heart Family:


Poniżej małe Petry z oryginalną Rosebud z lat '70.:


I z dziewczynką wydaną pod szyldem Heart Family - już jako dodatek do Barbie ("Barbie Li'l Friends"):




Dziś wypadałoby zakrzyknąć ze zgrozą: "Ale piractwo!"
Ale przecież kariera niemieckiej Petry, to celowa odpowiedź na sukces amerykańskiej Barbie. Europejka była adresowana do szerszego grona odbiorców, bowiem z założenia producentów miała wyróżniać się niższą ceną. Pierwsza Petra von Plasty, zadebiutowała na targach zabawek w Norymberdze. Było to w 1965 r. Pod koniec 1967r. Mattel jednak zareagował na takie "zapożyczenie" - tym bardziej, że niemiecka lalka znalazła licznych odbiorców. Historia firm, produkujących kolejne odsłony Petry, to materiał na odrębnego, długiego posta.  Nas jednak w przypadku bohaterów dzisiejszego wpisu, interesuje rok 1987, kiedy to Lundby ze Szwecji, przejęło produkcję Petry, jej przyjaciół i akcesoriów. Lundby miał już duże doświadczenie w produkcji zabawek, zatem śmiało można było powierzyć mu kontynuację biografii niemieckiej ślicznotki. Niestety problemy finansowe, wymusiły kolejną zmianę. Historia zatoczyła koło. Petrą zajęło się Hasbro - lider w USA; u nas zasłynął lalką Sindy. I to już ostatni akcent w tej historii. W 1993r. Hasbro zamknęło fabrykę w Niemczech. Lalki z kolejnych epok i taśm produkcyjnych, po dziś dzień zachowały się licznie w domach kolekcjonerów na całym świecie...

A tutaj już chłopcy - rzadki mattelowski maluch z wmoldowanymi włosami (z zestawu Teacher Barbie, wydanego w 1995r.) i nieco inny wariant synka Petry, z otwartymi ustami (jakiś czas temu sprzedałam go dość spontanicznie w ramach walki z nadmiarem lalek nie będących wiodącym nurtem kolekcji):




Był czas, bardzo długi, że w moim zbiorze ograniczałam się wyłącznie do lalek Barbie Mattela (niewtajemniczonym wyjaśnię, że Mattel nie tylko Barbie produkuje ;-)) i lal regionalnych. Sporadycznie tolerowałam porcelanowe. Później przekonałam się do My Scene, a za nimi poleciały za 2 - 3 lata zbliżone w estetyce Bratz firmy MGA. Dalej doszły elfy i wróżki różnych producentów. Potem nie było już żadnych granic. Moja kolekcja lalek przypominała podroż dookoła świata. A także podróż w czasie...


Powyżej od lewej: stary bobas Simby, który zaplątał się u mnie przypadkiem, równie przypadkowy klonik Evi, maluch od Fleur oraz wspomniane dziewczynki.

Tych dzieciaków też bym nie miała. Nie planowałam na nie polować. Ale 4 - 5 lat, temu, przeżyłam jedną z dwóch "magicznych nocy" w lalkowym kontekście. Jak dziś pamiętam, że Mama spała, a ja usiadłam przed monitorem kompa i zapuściłam się w Allegro. To było jak sen! Ktoś wystawił wiele lalek z przełomu lat '80 i '90 w pudełkach. Nie wszystkie znałam. Były tam Barbie, Keny, Petry i jeszcze inne stworzenia. Do mnie dotarły głównie ceny - od 15 do 25 zł za sztukę. Szok! Jakby czas się cofnął. Dedukowałam - co dla siebie, co odsprzedam z zyskiem. Były pozycje wymarzone i takie, o których nigdy wcześniej nie myślałam. Nim podjęłam decyzję o zakupie za pieniądze Mamy ;-) (ja byłam spłukana jak bóbr po deszczu) inni, bardziej śmiali i zamożni, kosili mi lalki sprzed nosa. Ostatecznie, chwyciłam Kena i Barbie, które z czasem zmieniły dom i wymarzonego od wczesnej podstawówki Kena "Suncharm"! Kliknęłam też w ramach ciekawostki na te młodziki od Petry z lat '80. Za oknem noc, w domu bezpieczne pochrapywanie, a ja cofam się w czasie do wysp mego dzieciństwa ;-)
Jakim przyjemnym zaskoczeniem był dla mnie fakt, że pudełko udało się otworzyć bezstratnie, czyli bez zniszczeń materialnych, a spomiędzy tekturek wypadł katalożek, prezentujący świat grzecznej Petry...
Jakież to wszystko podobne do akcesoriów ówczesnej Barbie!


Gdy patrzę na nastolatki Cosimo i Cosimę, nie mogę się oprzeć analogii do nastoletniej druhny Fleur - mojego odwiecznego marzenia z pierwszych lat życia. Nie wiem po jakie licho to pragnienie, skoro lalkę uważałam wtedy za najnudniejszą zabawkę?...



Wreszcie mogłam porównać je z laleczkami Mattela. Nie jestem z tych, którzy bulwersują się byle czym. Zatem w tej sytuacji, poczułam tylko wielkie zaskoczenie. Rany, jakie one są do siebie podobne!!... Nie popisał się własną inwencją ten Lundby...



I Mattel...


Dokumentacja w sieci na temat dzieciaków Petry jest znikoma, same lalki nie mają na ciele, ani główkach jakichkolwiek sygnatur, czy to z ogólną datą projektu, czy też rokiem produkcji konkretnego modelu. Jedynie biografia firmy pozwala je datować od roku 1987.    

I jeszcze detale pudełka:


Nawet konik wygląda niemal jak ten od maluchów Heart Family ;-)


Nad wszystkim zaś unosi się sentymentalna słodycz lat dzieciństwa, w którym czekolada z całymi orzechami miała smak ambrozji...

Zainteresowanych moim rękodziełem, zapraszam na drugiego bloga:  simran2pl.blogspot.com


Wysokość: 11 cm.
Tworzywo: plastik, guma.
Sygnatura: brak
Cechy szczególne: kopia lalek Rosebud.
Data produkcji: około 1987r.
Kraj produkcji: Szwecja - Niemcy

Height: 11 cm.
Material: plastic, rubber.
Signature: No
Special features: copy Rosebud dolls.
Date of manufacture: about 1987.
Country of production: Sweden - Germany

23 komentarze:

  1. Bardzo interesujący opis wielu lalek. O niektórych ,nie miałam pojęcia skąd sie wywodzą. Mówię tutaj o maluchach. Niektóre prześliczne, chociaż wielbicielką bobasków nie jestem za bardzo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też kiedyś miałam duży dystans do bobasowatych ;-) A później odkryłam w nich rozbrajające ciepło....

      Usuń
  2. Twoje Petrowe maluchy w różowym i niebieskim ubranku kojarzę jak przez mgłę - chyba musiała mieć je jakaś moja koleżanka. Ojczym raz w życiu przywiózł mi lalkę Petrę z Niemiec - potraktowałam ją niechętnie i szybko oddałam do dalszej adopcji. Gdzie jej tam było do Barbie... Muszę przyznać, że z racji częstych wyjazdów ojczyma za granicę, rozpuszczona byłam i wybredna niemiłosiernie. Owłosionego malucha Fleur zazdroszczę potwornie :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kurczę, to super Ci się wiodło! ;-)
      Flerkowe maluchy - łysego i włochatego - odbierałam prawie półtora roku od znajomej. Byłam tak zakręcona, zbolała, zajęta. Reasumując: zapomniałam o tym zakupie ;-)

      Usuń
  3. O rany! Parka z pierwszego zdjęcie to moje pierwsze maluchy ever. Pamiętam i laleczki i pudełko i katalog! Jak świetnie znów to wszystko zobaczyć! Wiem, że małe Petry są podobne do dzieciaków od Mattel, ale to te pierwsze bardziej mi się podobają - może dlatego że plchniejsze na buziakach?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeeej! Jak miło czytać takie komentarze... :-)

      Usuń
  4. O rany, nie wierzę, ze wrzuciłaś akurat fotki tych maluchów! Mam szczęście posiadać te dwa bobaski u siebie, ale tylko dlatego, że trzymam je jeszcze z czasów własnego dzieciństwa - inaczej mogłabym tylko marzyć :P

    A co do mebelków to identyczne miało dziecko Betty Teen, aż zastanawiające bo to dwie różne firmy lalkowe...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma to jak lalki z własnego dzieciństwa. Ja zachowałam w bdb stanie, 2 Fleur i Dianę z lat najwcześniejszych...
      Widać niejeden lalkowy maluch cieszył się podobnymi mebelkami. Producentom zabrakło inwencji!

      Usuń
  5. ... masz w swoich kartonach prawdziwe muzeum lalkowe :):)
    Zbierałam opakowania po czekoladach , cukierkach i ... serwetki :) . Moją pasją było projektowanie ubrań dla papierowych lalek rysowanych przez moją Mamę ... Pewnie dlatego nie umiałam uszyć nic "prawdziwego" ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ja rysowałam panienki a potem na cienkim papierze lekko
      przezroczystym a położonym "na modelkę" - odrysowywałam ciuch, kolorowałam i wycinałam - a potem "ubierałam" postać :)
      oczywiście zawsze torebki dopełniały kreacji, ale i szaliki, czapki :)
      ale też rysowałam sobie "mieszkania" - taki rzut z góry pokoików
      a kolorowe pionki od chińczyka były ludzikami - nigdy się nie nudziłam!

      Usuń
    2. Kasiu, z tym muzeum, masz wiele racji. Marzy mi się w przyszłości otwarcie takiego obiektu, ale życie w Polsce brutalnie weryfikuje/pacyfikuje wszelkie plany...
      Kolekcję serwetek też gdzieś mam ;-) Odkąd poznałam technikę dekupażu, korci mnie, by wykopać z kartonów te zbiory i wykorzystać je praktycznie.
      Ja też miałam 2 papierowe modelki!!! Sama je narysowałam. Jedna nazywała się jak my: Kate ;-), druga Jane. Imiona pisałam po polsku ;-)

      Ineczko, miałaś doprecyzowany patent! Podziwiam. A mieszkania też konstruowałam tylko w 3 D - z pudełeczek i luźnych tekturek. Byłam na tyle cwana, że w wieku 5 lat już instalowałam oświetlenie z pomocą drucików, baterii i żaróweczek. Tylko zawsze był problem z taśmą samoprzylepną: towar deficytowy, lub bardzo drogi ;-))

      Usuń
  6. Kiduś! metalowe autka i mnie niesamowicie kręciły!
    zwłaszcza te z otwieranymi drzwiczkami i bagażnikami
    ale i "rajdowe" - które wystarczyło przycisnąć do podłoża,
    cofnąć i puścić, by pomknęły w siną dal!

    pamiętam też szkiełka w ziemi z cudami zakopanymi...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ..te szkiełka to były tzw."sekrety" .... :):)
      Samochodziki jeszcze mam ....

      Usuń
    2. Ach, te otwierane to mi się śniły po nocach!!! Miałam (mam gdzieś nadal, dar wujowski) tylko takie, któremu otwiera się bagażnik. Rajdowe też gdzieś jeszcze jest (dar od Mamy)...

      Szkiełka!!!! To Wy też??????

      Usuń
  7. aaa - chyba już wiem, co to za golasek wpadł mi w oko
    w SH - wmoldowane włoski, uroczy pysiałek - widać Go
    u mnie w poście nt. lalkowiska - golasek z rudym kłębkiem
    włóczki (czym golasek za młodu nasiąknie...)

    OdpowiedzUsuń
  8. No muszę przyznać, że Twoje dzieciństwo to naprawdę same piękne lalki :) ja załapałam się tylko na te z lat 90' ale i tak niewiele ich miałam - dostawałam głównie jakieś duże bobaski z miękkim tułowiem :P Petra Babies są tak ładne, że nie mogę się na nie napatrzeć :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To, że w "moich czasach" były śliczne lalki, nie oznacza wcale, że je miałam ;-) Zazwyczaj kończyło się na marzeniach...
      Właśnie w latach'90 był całkiem spory wybór w wielu sklepach.

      Usuń
  9. Fajnie tak sobie popatrzeć na zdjęcia z katalogów. Mogę przynajmniej poślinić się do ekranu:)
    Sekrety z kuzynką też zakopywałyśmy :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Zastanawiam się, czy gdzieś tam pod drzewem, leżą jeszcze moje szkiełka...

    OdpowiedzUsuń
  11. Też nie byłam do tej pory za bobasami, ale jakoś ostatnio, ku swemu zaskoczeniu kupiłam jednego... Bardzo ładne maluchy i ciekawe historie!
    Nie pamiętam z dzieciństwa marzeń lalkowych, może dlatego, że lalki jakoś tak były w domu ;-) Ja dopiero jako dorosła osoba odkryłam, jakimi (jak na polskie warunki) unikatami bawiłam się w dzieciństwie... wtedy to były po prostu lalki i tak jak piszesz: samochodziki i statki i jakieś figurki były często od nich ważniejsze ;-) Dziś wiem, że bawiłyśmy się z siostrą Jem od Hasbro, Truskawkowym Ciastkiem od Kennera, "Kabaczkami" oraz całą armią postaci z He-Mana... ale wciąż pamiętam mój pierwszy, czerwony samochodzik i stateczek do kąpieli... cóż taki dźender ;-) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  12. Ojej, ten He - Man!!! Miała go moja koleżanka. Gdy urwała nam się znajomość, braku He - Mana żałowałam dużo bardziej ;-)
    Musimy być dumne z tego, że bawiłyśmy się lalkami vintage! ;-)
    Serdeczności.

    OdpowiedzUsuń