poniedziałek, 5 maja 2014

Ubieram duże dziewczyny. Moja krótka historia projektowania mody. Część 3/Dressed big girls. My brief history of fashion design. Part 3.



Dziś ciąg dalszy wpisów bez aspiracji akademickich: zero dat, nazw, odniesień. Także zero gadania, co mi się rzadko zdarza :-) Krótko mówiąc - odpoczynek od tego, co serwuję zazwyczaj.
Są za to obrazki moich kolejnych wytworów. Dopiero teraz zauważyłam, że coś mi ostatnio szwankuje galanteria. Zaniedbałam sprawę pasków i torebek. Trzeba to zmienić w najbliższym czasie!

Zaczynamy pokaz mody...
Ta pani ma prawdziwy temperament wybiegowy - we wszystkim: każdym fasonie, kolorze, fakturze, wygląda równie zjawiskowo...



















Ta ma już większe wymagania i nie w każdym stroju jej do twarzy.






Za to Lizette jest jeszcze piękniejsza w skromnych, łagodnych barwach:






Esme, co zrozumiałe, woli kreacje egzotyczne. To jeden z najstarszych moich projektów, zapodziany przy poprzedniej prezentacji.










Dziękuję za uwagę.
Wracam do szycia :-)

czwartek, 1 maja 2014

Lalka na urodziny/Doll for my birthday



Nie lubię u siebie wpisów opatrzonych wyłącznie etykietą "personal" i unikam ich jak diabeł święconej wody. Ale jednego uniknąć się nie da - faktu, że mam dziś urodziny. I siedzę od rana, jak ta Emily the Strange, otoczona kocią ferajną.


Żebym tak umiała gwizdać sobie na cały świat, jak Hołota, albo znaleźć dla siebie korzystną miejscówkę w każdej sytuacji, jak Recydywa...







...życie byłoby dużo bardziej znośne.

OK, są też lalki. Ale dziś chyba tylko one bawią się dobrze.

W knajpie...



...czy w domu







...pogodne uśmiechy nie schodzą z ich twarzy.

A ja nie miałam dziś alternatywy. Kiepsko wyszło. Najbliżsi znajomi wyjechali. Jedyna żyjąca osoba z mojej rodziny - Babcia - po wizycie u lekarki, która jej powiedziała, że jak nogi puchną, to trzeba je amputować, woli nie nadwerężać kończyn i ani jej się śniło ruszać z domu.
Niech nam żyją długo i broń Boże zdrowo(!) kochane, polskie konowały - oby los dał im szansę przetestowania na sobie własnych metod kuracji!

Więc jako osoba urodzona w Święto Pracy, żeby nie rozpamiętywać wszystkich moich sławetnych imprez: dużych i kameralnych; ze stałymi uczestnikami i z tymi jednorazowymi; i happeningowych na ulicy i całodobowych i tych które odbyły się post factum, bo akurat wojażowałam po świecie; a także takich, które spędzałam poza domem z bardzo bliską mi duszą i tych kilku zaledwie, które uważałam za skopane, bo przeżyłam je z Mamą w kinie, na pizzy, lub bycząc się na działce. I nawet tych dwóch po śmierci Mamy: na dachu 11 - piętrowego budynku z przyjaciółką, albo w locie od kina do Zachęty i wszędzie po drodze. By nie myśleć o tych, którzy nie żyją, lub gdzieś skręcili - zasilili stada emigrantów, zachorowali, zwariowali, olali, ożenili się i omężyli - ruszyłam od rana ostro do roboty. Sprzątanie, sadzenie kwiatków, malowanie desek, szycie, tylko do umycia kolejnych okien nie mogłam się jakoś zebrać :-) A ponieważ tradycją od dziecka było, że jeśli spędzałam ten dzień w domu, Mama zawsze zamawiała dla mnie tort, (z biegiem lat i pizzę, odkąd vis a vis naszej kamienicy pojawiła się prawdziwa włoska pizzeria), albo piekła sernik z bezą i brzoskwiniami, czekoladki zaś dostawałam od sąsiadek - olałam także i wszystkie te podniebieniowe ozdobniki, nienawykła do samowystarczalności w powyższej kwestii.
I wtedy w ferworze pożytecznych działań, przypomniałam sobie, że przecież kupiłam sama dla siebie prezent! Cóż, miał być tatuaż, choć rozsądniej byłoby zalepić dziurę w zębie :-), ale skończyło się - myślał by kto, że nieoczekiwanie - na kolejnej lalce :-). Tak, tak. Skusiła mnie cena, dodatki i miedziane włosy. Pobiegłam, czym prędzej do drugiego pokoju i spod stołu wywlekłam  paczkę. Papier i folię rozerwałam w amoku dziecka pod choinką, nie myśląc nawet o dokumentacji. Zresztą, kto nie widział paczki...
Oto, co się z niej wyłoniło:






Teraz jeszcze Padlinka musi zaakceptować nową lokatorkę:





Ok. Może być.
Więc zostawiłam kota, by się pobawił.
Sama zaś, wystraszona prognozą pogody na jutro, poszłam łapać ostatnie przedwieczorne promienie słońca na spacerze z aparatem...